Zoo for a Rainy Day *** Zoo w deszczowy dzień

Z okazji Nowego Roku Aymara, mieliśmy długi weekend, z którym trzeba było cos zrobić. Długo planowana podróż do Tarija spaliła na panewce z powodu drogich biletów lotniczych… W międzyczasie do Santa Cruz przywędrowały wiatry znad argentyńskiej pampy i temperatura drastycznie spadla do 10 stopni – a wraz z nią spadł deszcz.  Może wiec do Cochabamby? Eh, tam wybieramy się za tydzień, wiec bez sensu. Prognoza pogody przewidywała okienko z lepsza pogoda na sobotę, wiec może do Chiquitanii? Niestety, znajomy hotelarz w Santiago de Chiquitos wspomniał, ze nigdzie już nie ma wolnych miejsc! No tak, trzeba ‘bukowac’ z wyprzedzeniem.

Because of the Aymara New Year, we had a long weekend and we wanted to do something interesting. Long-planned trip to Tarija fizzled because flight tickets were too expensive … In the meantime, Santa Cruz were hit by winds from the Argentine Pampas and the temperature dropped drastically from 25 to 10 degrees. It started raining as well. So maybe to Cochabamba? Eh, we are going there next weekend, so it doesn’t make any sense. Weather forecast predicted window of better weather for Saturday, so maybe to Chiquitania? Unfortunately, a friend, who has a hotel in Santiago de Chiquitos mentioned on Facebook that there is no  vacancies anywhere! Yeap, you need to book in advance.

No to może do Samaipaty? Byliśmy tam niedawno, ale nie zwiedziliśmy Parku Amboro. Przez dwa dni próbowaliśmy dodzwonić się do resortu położonego w parku – El Refugio los Volcanos, ale nikt nie podnosił słuchawki… W końcu, w sobotę rankiem postanowiliśmy jechać tam na własną rękę – udaliśmy się wiec na postój Trufis do Samaipaty i widząc tylko jedna pusta taksówkę (taksówka rusza kiedy się zapełni) zapytaliśmy, ile kosztowałby taki prywatny kurs. Kierowca popatrzył na Freddiego, potem na mnie i oświadczył, ze 250 bs. Freddy zapytał retorycznie – w obie strony? Taksówkarz uśmiechnął się chytrze i powiedział, ze w obie strony zawiezie nas za 400 bs., ale nie będzie na nas czekał. ??? Dodam tylko, ze miejsce, do którego chcieliśmy się udać leży mniej więcej w połowie drogi do Samaipaty, do której kurs prywatny kosztował nas 120 bs. w jedna stronę. Freddy zapytał dlaczego tak drogo, w końcu kurs standardowy kosztuje tylko 30 bs. od osoby. Na to pan taksówkarz dodał, ze w jego aucie zmieści się 5 pasażerów. Ah! A ten piaty to na dachu, czy w bagażniku?– zagadnął Freddy patrząc na samochód. Na tym żarcie skończyła się nasza wycieczka do Parku Amboro – a chciwy taksówkarz pewnie czekał jeszcze przez poł dnia na swoich pasażerów, a może wciąż na nich czeka? – tego mu w każdym razie życzyliśmy.

Maybe to Samaipata? We were there recently, but haven’t visited the Amboro Park. For two days we tried to get in touch with the hotel located in the park – El Refugio los Volcanos, but there was no answer … Finally, on Saturday morning we decided to go there on our own, so we went to Trufi – stop and seeing only one empty taxi we asked its driver how much is a private course. The driver looked at Freddie, then at me and said that 250 bs. Freddy asked rhetorically – ‘return’? The driver smiled slyly and said that return would cost 400 bs., but he won’t wait for us. I will only add that the place we wanted to go is located (roughly) halfway to Samaipata, where the private course costs 120 bs. one way. Freddy asked why so expensive, if a standard course costs only 30 bs. per person and taxi is for four passengers. The driver added that 5 passengers. Really! ‘So the fifth sits on the roof or in the trunk?’ – asked Freddy looking at the car. (Some trufis take 2 passengers in front, but it’s illegal.)

W takim razie, może wybierzemy się do misji jezuickich – najbliższa San Xavier znajduje się tylko 120 km od Santa Cruz. Dzwonimy po taksówkę, a tam nam mowa, ze się nie da, bo drogę zalało… Czyli jednym słowem – zostajemy w mieście. I co dalej? – idziemy do Zoo! Krótka wycieczka Micro, poprzedzona zakupem najnowszych dvd na bazarze, okazała się trafem w dziesiątkę, bowiem ogród był niemal pusty – kto w końcu idzie do zoo w tak brzydka pogodę? (okienko pogodowe jednak się nie otworzyło). Tym razem zachwyciły nas szczególnie aligatory pływające w akwarium razem z żółwiami. Nie obyło się również bez leniwca, którego spotkaliśmy tym razem koło klatki z kondorem.

With this joke ended our trip to Amboro. And as for a greedy taxi – driver – he must have waited probably another half a day for passengers to fill – up his car, or perhaps he is still waiting for them? In that case, maybe we could go to the Jesuit missions? – closest San Rafael is located only 75 km from Santa Cruz. We called a taxi only to learn that the trip is impossible, because the way is flooded … We didn’t go to Tarija, didn’t go to Amboro Park, didn’t go to Chiquitania – so we went to the zoo:) A short trip with Micro, preceded by buying the latest DVD on the market, turned out great, because the garden was almost empty. Who in the end go to the zoo in such bad weather? This time,  we were especially impressed by alligators swimming in the aquarium with turtles. We met also our friend sloth, walking around condor’s cage.

_MG_3703 _MG_3726 _MG_3727

_MG_3760

_MG_3768

Po takim spacerze trochę zgłodnieliśmy i postanowiliśmy poszukać restauracji w pobliskim centrum handlowym, z ‘brzydsza siostra’ Statuy Wolności na dachu – w Nowym Jorku:)

After that we decided to look for restaurant in the nearby shopping center ‘crowned’ with the ‘uglier sister’ of Statue of Liberty – called New York.

_MG_3778Tym samym, zdaliśmy sobie sprawę z tego, ze lepiej jest nie zwiedzać zachodnich rejonów Boliwii w czasie zimy, która na wschodzie kraju okazuje się najlepsza pora roku do podróżowania. Tropikalna Santa Cruz zamienia się w tym czasie w ponura mokra mieścinę, z której trudno jest się wydostać…

This way, we learnt the hard way, that it is better not to plan any trips to West part of Bolivia during the winter – interestingly, winter months are the best to travel across Eastern regions. Tropical Santa Cruz changes during winter months in a cold and dump city with no way out!

_MG_3678

Zoo Fun For People Only *** Zoo zabawne tylko dla ludzi

Zoo w Santa Cruz de la Sierra jest jedyna znana mi instytucja w Boliwii otwarta 7 dni w tygodniu.  To stosunkowo małe zoo, położone jest niemal w centrum miasta – z jego terenu można obserwować życie ulicy. Zoo jest dużą atrakcją turystyczną, oferującą wgląd w bogatą faunę południowoamerykańską, ale również popularnym miejscem wypoczynku dla rodzin z dziećmi. Bilet wstępu dla osoby dorosłej kosztuje bowiem tylko 10 bs. (1€), a dla dzieci jest o 50% tańszy. Poza tym, na terenie zoo znajdują się place zabaw, restauracje i sklepiki z pamiątkami.

Zoo in Santa Cruz de la Sierra is the only institution I know in Bolivia, that is open 7 days a week. This is a relatively small zoo, situated almost in the center of the city – from its ground you can watch the busy street life. Zoo is a big tourist attraction, offering insight into the rich South American fauna, but also a popular weekend spot for families with children. No wonder, as an adult admission costs only 10 bs. (1 €) while children have 50% discount. Besides, on the zoo grounds are located playgrounds, restaurants and souvenir shops.

_MG_2190

Niestety odniosłam wrażenie, ze owa komercjalizacja poszła trochę za daleko – kosztem zwierząt, które wciśnięto w niewielkie klatki i małe wybiegi.  Niesamowity jest widok sowich oczu w jasny dzień, czy młodego jaguara z całkiem bliska – smuci jednak fakt, ze zwierzęta nie maja jak ‘wyprostować’ swoich skrzydeł czy nóg…

Unfortunately, it seems that the zoo commercialization went a little too far – at the expense of the animals, which were placed in small cages and pens. To see an owl in a bright daylight and the jaguar poppies was truly amazing – but it’s sad that animals don’t have a room to ‘straighten’ their wings and legs …

_MG_2066

Najsmutniej prezentowały się UZIEMIONE dumne kondory oraz krążące w te i we wte jaguary, lisy i wilki – na ‘klaustrofobicznych’ betonowych wybiegach. Tylko jedna para jaguarów ‘zasłużyła’ sobie na kawałek trawy i wody.

It was pity to see GROUNDED proud condors  and circling in their  ‘claustrophobic’ concrete runways, jaguars, foxes and wolves. Only one pair of jaguars seemed to ‘deserve’ a piece of grass and water.

_MG_2175

_MG_2097

_MG_2152

_MG_2369

W porównaniu z ptakami i wielkimi kotami, prawdziwym ‘szczęściarzem’ wydal mi się niedźwiedź południowoamerykański, który mógł pobiegać sobie po trawie razem ze swoim przyjacielem łasiczką, czy nawet popływać w stawie. Żółwie wygrzewające się na brzegu innego stawu także wydawały się  być zadowolone – nie zwracały nawet uwagi na krokodyla czy wielka kapibarę, zażywających kąpieli nieopodal. Tapiry zas sjestowaly sobie pod drzewem.

Compared with birds and big cats, the spectacled bear was a real ‘lucky – man’, as he could jog on the grass with his weasel friend and swim in the pond. Turtles basking on the shore of the pond also seemed to be satisfied – they didn’t pay much attention to the big capybara and crocodile, taking bath nearby. In turn the tapirs were taking a nap under the tree.

_MG_2319

Ryby to dopiero miały farta! – pływały sobie wesoło w wielkim jeziorze i jeszcze były dokarmiane przez wizytujących! Cześć z nich trafiła także do akwarium, ale za to takiego o porządnych rozmiarach.

The luckiest of them all were fish, swimming merrily in the big lake and being fed by visitors! Some of them went to the aquarium of a quite decent size.

_MG_2302

_MG_2299

Atrakcją dnia okazał się natomiast ‘Leniwiec Wędrowniczek’, próbujący wydostać się z zagrody dla żółwi. Niestety po około dziesięciu minutach wspinaczki, pozowania do zdjęć i przyglądania się gapowiczom, biedaczek ‘wrócił’ do punktu wyjścia. Chyba za bardzo mu się spodobalo to ‘wietrzenie pach’:)

The attraction of the day was  ‘Travelling Sloth’, trying to get out of the turtles pen. Unfortunately, after about ten minutes of climbing, posing for photos and looking at people, poor thing got back to the start. I think he liked too much ‘airing his armpits’ :)

_MG_2253

Leniwiec nie był mieszkańcem zoo i przed wyjściem widzieliśmy go w rękach strażnika, który przeniósł go w bezpieczne miejsce – na zewnątrz.

Sloth was not a resident of the zoo and before leaving we saw him in the hands of the guard, who taking him to a safe place – outside:)

_MG_2256

Bo ogrody zoologiczne to miejsca niezwykle ciekawe i ekscytujące – tylko‘dla ludzi’.

Because zoos are usually  very interesting and exciting  places – ‘for people’ only..

_MG_2123

_MG_2070

_MG_2290

_MG_2186

‘Slothy’ Sunday in Cotoca *** ‘Leniwcowa’ niedziela w Cotoce

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Cotoki – miasteczka położonego 30 min autobusem z bazaru ‘Los Pozos’ w Santa Cruz (3bs), które słynie z sanktuarium maryjnego ‘Virgen de Cotoca’, ceramiki i miodu (tak przynajmniej przeczytałam w przewodniku). Przyznam, cudnie było wyrwać się z dusznego miasta na prowincję – zwłaszcza po ‘spacerze’ po wspomnianym bazarze, który można by określić słowami mojej mamy, jako miejsce gdzie króluje ‘bród i ubóstwo’. Podróż autobusem z drewniana podłogą może nie należała do najbardziej wygodnych, ale cieszyła nas zbliżająca się wizja niedzielnego spaceru po  sennym małym miasteczku. Rzeczywistość okazała się jednak inna, bowiem z bazaru w Santa Cruz trafiliśmy prosto na bazar w Cotoce! Troche mniejszy i bardziej zadbany, ale równie wrzaskliwy:)

Last Sunday we went to Cotoca – a small town 30 minutes by bus from the market “Los Pozos” in Santa Cruz (3BS), which is famous for the shrine of ‘Virgen de Cotoca’, pottery and honey (or so I read in the guide). I admit, it felt wonderful to leave stuffy city – especially after the ‘walk’ on the bazaar, which could be described with the words of my mother as the image of: ‘stench and poverty’. Travelling by bus with the wooden floor wasn’t the most comfortable either, but we enjoyed the dream of the Sunday afternoon in the sleepy little town. However, the reality turned out to be different, because from the bazaar in Santa Cruz we got to the bazaar in Cotoca! A little smaller and much cleaner, but equally noisy :)

Główna plaza okazała się zapełniona mieszkańcami, którzy przybyli adorować słynną ‘Virgen de Cotoca’ w przylegającym do placu sanktuarium. W kościele zaczynała się msza, a w budynku obok wierni zapalali świeczkę swoim bliskim, choć prawdę mówiąc bardziej przypominało to masowe topienie wosku, niż widok palących się świeczek w naszych europejskich świątyniach.  My również zakupiliśmy świeczki (‘Dzieciatka Jezus’), ale przeznaczone one zostały do kolacji przy świecach.

The main plaza turned out to be filled with residents and newcomers who came to adore famous “Virgen de Cotoca ‘in the sanctuary. People came to lit a candle for their loved ones but it was more like a mass wax melting. We also bought some candles (named as’Infant Jesus’), but they were destined for our dinner table.

Po wizycie w kościele, okrążyliśmy plaze dwukrotnie w poszukiwaniu słynnego miodu. Miód był, ale taki w glinianych otwartych dzbankach, których nie mogliśmy kupić, ponieważ mamy w domu mrówki, a raczej mieliśmy i już więcej nie chcemy ich mieć (właśnie wróciłam z kuchni…ONE już tam są…). Jedyna alternatywą był zakup miodu w butelce po Coca Coli – ciemnobrunatnej zupełnie płynnej cieczy. A co tam, za 10bs można spróbować! W domu okazało się, ze ‘miód’ ten jest słodko – gorzki i zupełnie nie przypomina tego tradycyjnego. Zapytałam wiec tatę – pszczelarza, co to może być, a on odpowiedział, ze może być to syrop z trzciny cukrowej, bo miód powinien być choć trochę lepki).

After seeing the church, we circled twice around the plaza in search of the famous honey. We found a honey sold in the open clay jugs, that we couldn’t buy, because we have ants in the house, or rather we have had once and we don’t want to have them anymore (after witting this I went to the kitchen for a juice and they are back!…) The only alternative was to buy a honey in a bottle of ‘Coca Cola’ – dark brown liquid. What the hell, for 10 bs. we can try! At home, it turned out that this honey is bitter – sweet and not alike any honey we knew. When I asked my dad, who happened to be a beakeeper, he said that it could be a sugarcane syroup as real honey cannot look like a water.

Troszkę znudzeni i zmęczeni gorącem i gwarem, postanowiliśmy już wracać, kiedy Freddy zauważył cos w krzakach. Był to leniwiec! I to taki, który postanowił sobie pospacerować po chodniku, ku uciesze wszystkich zgromadzanych na placu – mojej w szczególności:)

A little bored and miserable from heat and bustle, we were heading back towards the bus, when Freddy noticed something in the bushes. It was the sloth, who decided the stroll down the sidewalk, to the delight of all the people in the square – myself in particular:)

Niestety, trzeba było leniwca ‘sprowadzić z powrotem na drzewo’, ponieważ zaczął się zbliżać do ulicy. I kto powiedział, że leniwce są leniwe?

Unfortunately, sloth needed to be ‘brought back the tree’, because he was ‘fast’ approaching the street. But he did not want to go back yet :) And who said that sloths are lazy?

Ale nie chcialo mu sie jeszcze wracac/ He wasn’t ready to go back yet;)

Eeeee…

Do trzech razy sztuka/ Third time lucky!

Dopiero za trzecim razem, leniwiec postanowił zostać na drzewie! Okazało się, ze biedak po prostu się zgubił – zszedł z drzewa, żeby zrobić kupę i zabłądził, co przyznała pani obok, która powiedziała, ze właśnie TO jest jego drzewem:)

Finally, after third approach, our friendly sloth decided to stay on the tree! It then turned out that the poor creature just got lost – an old woman standing beside me said that THIS is HIS TREE:)

I tak oto, za sprawa zdezorientowanego leniwca, nudna niedzielna wycieczka zamieniła się w jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń w moim życiu:) Takie rzeczy nie zdarzają się w ZOO, tylko na placu głównym w Cotoce lub w … Santa Cruz, pamiętacie?

Finally, after third approach, our friendly sloth decided to stay on the tree! It then turned out that the poor creature just got lost – an old woman standing beside me said that THIS is HIS TREE:) Thus, thanks to confused sloth, our boring Sunday’s afternoon turned into something really exciting and memorable:) Such things do not happen in the zoo – only on the main plaza in Cotoca or… in Santa Cruz, do you remember?

Animal Day *** Dzien zwierzat

Dzisiaj jest Miedzynarodowy Dzien Zwierzat i z tej tez okazji pogrzebalam w archiwum, gdzie znalazlam zdjecia z zoo w Santa Cruz, ktorych jakims cudem dotychczasnie nie opublikowalam. Pamietam, kiedy znajomi mowili mi, ze owo zoo jest jednym z niewielu ‘sztucznych’ zwierzecych sanktuariow w kraju, a skupia sie ono wylacznie na faunie Ameryki Poludniowej.

Niedaleko Cochabamby, w tropikalnej okolicy Chapare, znajduje sie ‘Inti Wara Yassi’, gdzie schronienie znajduja m.in. zwierzeta uratowane z nielegalnego przemytu. Niestety jeszcze nie dotarlam osobiscie w te rejony swiata, ale przeczytalam kilka artykulow o tym miejscu. Nie wszystkie one byly pochlebne, ze wzgledu na charakter organizacji, ktora utrzymuje sie przede wszystkim z tzw. ekoturystyki i oplat wolontariuszy, ktorzy przyjezdzaja ponoc z calego swiata, by moc ‘pracowac’ przy  dzikich zwierzetach.

Coz, ja nie widzialam, wiec nie moge oceniac – jedno jest jednak pewne – rezerwat stworzony na ogromnym dziewiczym terenie jest lepsza opcja dla dzikich zwierzat  niz zoo.

Tak to juz jest, ze ludzie odczuwaja ogromna radosc z kontaktu ze zwierzetami, chocby tylko wzrokowego, ale niestety jest to przyjemnosc jednostronna – trudno jest bowiem oczekiwac zadowolenia od zwierzecia zamknietego w klatce, lezacego na betonowej posadzce, w ktore codziennie wpatruja sie setki gapiow… Nie trzeba byc wybitnie wrazliwym, zeby to zauwazyc – wiekszosc zwierzat wrecz chowa sie przed zwiedzajacymi.

Mieszkajac w Irlandii, odwiedzialam kilka zwierzecych sanktuariow, gdzie odczuwalam radosc i smutek w tym samym czasie… (http://www.behance.net/gallery/Animal-Farm/1168159)

Gdziekolwiek wiec sie znajdujemy, zastanowmy przez chwile nad losem naszych ‘malych przyjaciol’ – nie tylko tych egzotycznych, ale takze tych z naszego podworka.

***

Today is the International Animal Day so I searched my picture archives, where I found photos from the Zoo in Santa Cruz, that I haven’t published yet. I remember when my friends told me that the Santa Cruz’ zoo is one of the few ‘artificial’ animal sanctuaries in the country, and it focuses exclusively on the fauna of South America.

Near Cochabamba, in the Chapare tropical surroundings, is located ‘Inti Wara Yassi’, which is a refuge for animals rescued from illegal smuggling. Unfortunately, I haven’t have an opportunity to see it personally but I read a few articles about this place and not all of them had positive reviews, mostly due to the nature of the organization, which is financed primarily by eco-tourism and fees of volunteers who come from all over the world, so they could ‘work’ with wild animals.

Well, I haven’t seen it, so I can’t judge but one thing is certain – reserve created on the vast virgin territory is a better option for wild animals than the zoo, isn’t it?

So it is, that people feel great joy from having a contact with animals, even if it’s only a visual contact, but unfortunately it’s usually only one-sided pleasure. It’s difficult to expect from the animal that spends all his life behind the bars, laying on the concrete floor and being observed every day by hundreds of onlookers, to be very happy. One do not have to be very sensitive to notice it – most of the animals seem to be hiding from visitors.

While living in Ireland, I visited a number of domestic animal sanctuaries where I felt exactly the same – joy and sadness in the same time… (http://www.behance.net/gallery/Animal-Farm/1168159)

So, wherever you are now, please take a moment to think about our ‘little friends’ – not only those exotic, but also these from your own backyard.

Cochabamba – City of (homeless) dogs *** Miasto (bezdomnych) psow

Wlasnie wrocilam z marketu w Cochabambie, gdzie sprzedaje sie szczeniaki, kocieta i inne malutkie zwierzatka. Prawde mowiac, nie byla to wesola przechadzka, zwlaszcza ze wiekszosc maluchow byla poupychana do granic mozliwosci w kartonowych pudlach i klatkach, ledwo dyszaca od scisku i goraca. Najgorsze jednak jest to, ze za kilka miesiecy, z duzym prawdopodobienstwem, te psy i koty znajda sie na ulicy, kiedy nikt ich nie kupi! A koszt owczarka niemieckiego (bez rodowodu) to ponad $400, co tutaj stanowi calkiem dobra miesieczna pensje.

Ludzie niestety nie mysla o dobru zwierzat, a tylko o latwym zarobku z hodowli.

Chcialabym sie zwrocic z malym apelem do kupujacych – prosze wziac psa czy kota z ulicy albo schroniska (tutaj takowe niestety nie dzialaja) i dac mu dom! Na kazdym kroku mozna spotkac bezdomnego psa i tego jednorasowego, i wielorasowego. Serce mi sie sciska, jak widze te piekne stworzenia lezace na chodniku, bez wody i jedzenia. Czesto grzebiace w smieciach, jak pies w szkole, ktora niedawno odwiedzialam.

Niesamowite ile szczescia miala  moja rodzina, znajdujac Misie pod brama naszego domu. Rowniez Dorusia byla nam podarowana. Lobo Feroz takze ‘przyszedl’ do domu Freddiego i nikt sie o niego nie upomnial…

NIE KUPUJCIE – ADOPTUJCIE a znajdziecie przyjaciela ‘na cale zycie’!

P.S. Cudownie jest czytac wiadomosci jak ta, o swiecie adopcji zorganizowanym przez miasto Cochababa (11.2013 http://www.lostiempos.com/diario/actualidad/local/20131104/feria-de-adopcion-encontro-hogar-a-29-mascotas_233961_507131.html).  Brawo! Oby wiecej bylo takich akcji i oby wladze raz na zawsze uregulowaly prawo dotyczace zwierzat, zakazujac nielegalnych hodowli.

Misia (2002 – 2011)

Lobo Feros (2007)

Dorusia (2011)

Bezdomny pies w Cochabambie***Homeless dog in Cochabamba

Homeless friends

***

Just came back from the market in Cochabamba where poppies, kittens and other baby animals are sold. It was a sad trip – seeing all those little angels stuffed in boxes and cages, barely breathing…

And the worst is, that in a couple of months they will be probably thrown out on the street, becauase nobody would buy them! German Sheperd poppy without documents costs more than $400 and here this is a really good monthly salary.

People unfortunately don’t think about animal welfare, only how to earn easy money by breeding dogs (this is wordwide problem).

And people who buy them – please, take the one from the street and give it a home! At every step I meet homeless dogs – these of a pure breed and multiracial. My heart hurts, as I see these beautiful creatures lying on the sidewalk, without food or water. Often searching in the garbage, like a dog at school that I’ve recently visited.

How lucky my family was to find Misia outside our gate or to ‘get’ Dorusia from the people who had doggies to ‘give away’. Also Lobo Feroz was found in Ireland.

DON’T BUY – ADOPT and get a friend ‘for life’!

P.S. Amazing is to hear about adoption action like this, organized by city of Cochabamba, where 29 animals found new home (http://www.lostiempos.com/diario/actualidad/local/20131104/feria-de-adopcion-encontro-hogar-a-29-mascotas_233961_507131.html). Bravo! Now I hope taht the government will regulate the law regarding animal welfare and close down, once and for good, all illegal breeding places.

Dorusia